29.10.14

MACADEMIAN GIRL IN CHINA
vol. 4/4: PEKIN

8 comments:
Magia wąskich uliczek, neonowa łuna sącząca się z przydrożnych barów, pędzące riksze i starożytne zabytki rozrzucone po miejskim krajobrazie. Tutaj duchy krążą nad miastem, a mistyczne stworzenia pilnują porządku. Tak wygląda Pekin, ostatni przystanek na trasie mojej chińskiej przygody z  Huawei! Muszę przyznać, że ze wszystkich miast jakie miałam okazję odwiedzić w Chinach, to właśnie stolica była dla mnie największą zagadką. Spirytystyczna i wciąż niezbadana do końca, jawiła mi się jako świat odwrócony o 180 stopni. Pekin wręcz spowija mglista aura tajemniczości, chociaż inni interpretują ją jako… smog unoszący się w powietrzu – punkt widzenia zawsze zależy od punktu siedzenia ;) Ja zdecydowanie wolę to pierwsze podejście! W tej części nie ma szans na dogadanie się po angielsku, o Facebooku, YouTubie czy Google (czyli i o ‘Bloggerze’) można zapomnieć. Na szczęście emocje jakie mi zagwarantowało mi miasto skutecznie wyparły chęć zaglądania do internetu. Inaczej chyba nabawiłabym się nerwicy ;)

The magic of narrow streets, neon glow exuded by roadside bars, rushing rickshaws and  ancient monuments scattered all over the urban scenery... This is where ghosts hover above the town and mystical creatures supervise peace. That's what Beijing, the last stop of my Chinese Huawei trip, looks like! I have to admit that from all the towns that I had an occasion to visit during my visit in China, it was the capital that came as the biggest mystery to me. Spiritual and still not taken care of enough, presented itself to me 180 degrees different than the other parts of the world. Pekin is literally dipped in a foggy mysterious aura, though some interpret it as... smog- the point of view depends on where you're sitting ;) I definitely prefer the first approach! In this part of China there's no way to make yourself understood in English and you can forget about Facebook, Youtube or Google (namely 'Blogger'). Luckily the emotions that the city provided me with have effectively forced out the need of using the Internet from my thoughts. Had it been different, I would have probably suffered from neurosis ;)

PEKIN, BEIJING I PEIPING

‘Pekin’ dosłownie oznacza ‘Północą Stolicę’, ale jego nazwa zmieniała się w aż 13 razy w historii. Duża liczba, ale czemu tu się dziwić skoro miasto ma aż 2 tysiące lat? To drugie zaraz po Szanghaju najbardziej zaludnione miejsce w Chinach liczące blisko 20 milionów mieszkańców oraz 9 milionów rowerów – nie tylko jeśli wierzyć piosence Katie Melua ;) Pierwsze co zarejestrowałam po wyjściu z lotniska to brak duchoty ale i obezwładniający pęd. Potem za oknem migały już tylko stargany, daszki i obezwładniająco żywe kolory zmieniające się jak w kalejdoskopie. Co za energia! Na ulicach zasady ruchu są chyba ostatnimi z przestrzeganych, a dźwięk samochodowego klaksonu to po prostu miejska symfonia. Małe grille (tak zwane ‚hotpots’) ustawione są praktycznie wszędzie. Do szerokiej gamy ulicznych przysmaków zaliczają się między innymi rozgwiazdy na patykach i… suszone koniki morskie! Przechadzając się (czy raczej przepychając) ulicami Pekinu zauważyłam, że podobnie jak w Shenzen parki nie stanowią dla mieszkańców jedynie miejsca karmienia kaczek. Tutaj zielone przestrzenie służą m.in. za studia taneczne, gdzie przy akompaniamencie muzyki puszczanej z boomboxa Pekińczycy losowo dobierają się w pary. Widok dwóch mężczyzn tańczących walca nie jest tu niczym nadzwyczajnym ;) Nie mniej ciekawie wygląda chińskie karaoke, zamontowane gdzieś pomiędzy drzewami. To kolejny zwyczaj, który chętnie przeniosłabym do Polski, chociaż nie wiem czy te ‘kocie miałki’ nie doprowadziłyby Warszawiaków do równie ‘kociej’ furii! ;D

BEIJING, PEKING & BEIPING

'Beijing' literally means 'the Northern Capital' but its name has been changed as much as 13 times in its history. A great number, but it's no wonder, as the city is two thousand years old. It's the second (right after Shanghai) most populous places in China, with 20 million people and 9 million bicycles- not only trusting Katie Melua's song ;) The first thing that I noticed after leaving the airport was the lack of stuffiness; but an overwhelming rush as well. Then there were only markets, roofs and incapacitating lively colors blinking outside the window, changing like in a kaleidoscope. What an energy! Traffic rules must be the last ones obeyed here; the sound of beeping is like an urban symphony. Little grills (the so called 'hotspots') are placed literally everywhere. Starfish on sticks and dried seahorses are only a small part of the wide offer of street specialities. Wandering, or rather shoving through the streets of Beijing I noticed that like in Shenzhen, parks are not only a place for feeding the ducks. Green areas serve as, among others, dance studios, where, accompanied by music played from boom boxes, local people randomly arrange themselves into pairs. Seeing two men dancing a waltz isn't extraordinary at all ;) Chinese karaoke, installed somewhere between the trees isn't less interesting. It's another custom that I'd love to transfer to Poland, though I'm not sure if this 'cat singing' wouldn't drive its citizens 'cat mad'! ;D






28.10.14

OVER THE RAINBOW

24 comments:

Somewhere Over the Rainbow - The Wizard of Oz

Apparently if we can believe that dreams come true, we can reach the very end of the rainbow! The other part of the urban myth tells something about a hidden pot of gold- I decided that it's worth a try ;) Tempted by the perspective of discovering it, I decided to do some research. Direction? Plac Zbawiciela (Savior Square), naturally. This is where a rainbow can be encountered (almost) throughout the whole year and where its colorful energy supplies the whole city from. I personally think that it's one of the most positive spots in Warsaw and I consider the message of this colorful symbol incredibly important. It was obligatory to come to the starting point armed with all 7 colors of it! And if to count the extra pin, with 8! ;) Though it doesn't appear in the original rainbow, in its candy version it's irreplaceable in exuding positive vibrations. Just take a peek at my flared skirt – it literally bursts with optimism! A turban with discrete red and violet accents is, on the other hand my way to maintain an exotic aura and... avoid messy hair – now no wind is a threat to me! ;) Together with a quilted wallpaper patterned jacket they give this sweet palette an expressive, Oriental smack. That's not the end of contrasts. Neon yellow stilettos and sharp studs stab the eyes with their juicy fluo color stand in opposition to the peach clutch. Sweet as cotton candy, it eases the outfit with its feathery texture. Yet it's the white blouse that is the base, keeping all of the elements of the puzzle balanced. What's better, it's decorated with embroideries, reminding... set off fireworks! You must be curious how it went with the treasure? I might have not found gold but clearly there is an Irish dwarf reading my blog and he knew what kind of jewelry I like most ;D Just have a look at this glittering with all shades of rainbow jewel necklace and bracelets! It's sometimes worth believing in fairytales! ;)

Podobno jeśli potrafimy uwierzyć, że marzenia się spełniają, to można dotrzeć aż na sam koniec tęczy! Kolejna część miejskiego mitu mówi coś o ukrytym garncu złota - stwierdziłam, że w takim razie warto spróbować ;) Skuszona perspektywą jego odkrycia postanowiłam wyruszyć na poszukiwania. Kierunek? Naturalnie Plac Zbawiciela! Tutaj tęcza widnieje (prawie) cały rok, a jej kolorowa energia zasila całe miasto. Osobiście uważam, że to jedno z najbardziej pozytywnych miejsc w Warszawie, a przesłanie tego barwnego symbolu uważam, za niezwykle ważne. Do punktu startowego przybyłam uzbrojona we wszystkie 7 barw - obowiązkowo! A nawet 8, jeśli liczyć bonusowy róż ;) W oryginalniej tęczy co prawda nie występuje, ale przecież w swojej cukierkowej wersji wydziela pozytywne wibracje jak żaden inny kolor. Wystarczy spojrzeć na moją rozkloszowaną spódnicę - aż tryska optymizmem! Turban z dyskretnymi akcentami czerwieni i fioletu to z kolei mój sposób na egzotyczną aurę i... niesforne włosy - teraz żaden wiatr mi niestraszny! ;) Razem z pikowaną kurtką w tapetowy wzór nadają słodkiej palecie wyrazistego, orientalnego posmaku. To jednak nie koniec kontrastów. Neonowożółte szpilki kłują w oczy mocnym fluo i nie mniej ostrymi ćwiekami, ale morelowa torebka stanowi dla tego duetu idealną przeciwwagę. Słodka jak wata cukrowa, łagodzi wszystko pierzastą fakturą. To jednak biała bluzka jest bazą utrzymującą wszystkie elementy układanki w równowadze. Co lepsze, jest ozdobiona haftami przypominającymi... wybuchające fajerwerki! Pewnie teraz jesteście ciekawi jak poszło mi ze skarbem? Może złota nie odnalazłam, ale irlandzki skrzat najwidoczniej czyta mojego bloga i wie jaki rodzaj drogocennych świecidełek lubię najbardziej ;D Tylko spójrzcie na tę mieniącą się wszystkimi odcieniami tęczy kolię i biżuteryjne bransoletki! Warto czasem wierzyć w bajki... ;)