22.9.14

MACADEMIAN GIRL GOES TO CHINA:
DAY #4 BEIJING | THE GREAT WALL OF CHINA

22 comments:
Katie Melua - Nine Million Bicycles

There are a lot of things which, before they appear on the blog, have to spend some time in my closet until I find a proper scenery for them. The today’s cream maxi dress has spent some time on a shelf tagged: „Wear only on a very spectacular occasion” as well. Its pattern, reminding me of picturesque Dolce&Gabbana outfits made me pick something equally spectacular for the photoshoot. When I found out that I would spend the begining of August in China, I didn’t hesitate to pack it. The Great Wall of China, one of the Seven Wonders of the World (visible from space!), is one of these out of the studio places which, up to now, I’ve been visualising only in my dreams- in the most beautiful ones. „A journey of a thousand miles begins with a single step”, said a Chinese philosopher, Confucius, and I’m going to add that the first step is just to dream. I always say that if you can dream it, you can acomplish it as well! The outcome of this dream photoshoot has exceeded my wildest expectations and I have to admit, this must be the most complex post in the blog’s history. The airy material of the dress was going up with the blows of the wind, its pastel shade stressing the blue sky and cherry branches, rambling to the top were a magical connector with the surrounding nature. What’s more, its romantic cut, sensually showing the back perfectly matches the quite bare and ascetic Wall. I felt exactly like a Goddess of Nature! In order to put some more impact on the Oriental aesthetics I hid my eyes behind a hand painted fan and decorated my wrists with golden bracelets. I was born in the Year of Snake, so one of them perfectly gives my age away, hah. Yet as the Orient doesn’t exist without a shine, I gave a final touch to to the look by adding a clutch with a glittering stone like fastening. It’s only one of a lot of jewels that I was able to steal from the not so careful (yet still in love with shining objects) dragons from the floating restaurant ;)

Jest wiele rzeczy w mojej szafie, które zanim pojawią się w postach na blogu muszą swoje odczekać do czasu znalezienia odpowiedniej scenerii. Na półce z etykietką: "Założyć tylko w wyjątkowo spektakularnych okolicznościach" przez długi czas leżała między innymi dzisiejsza kremowa suknia maksi. Wzór przypominający malownicze kreacje Dolce & Gabbana spowodował, że wiedziałam iż nam miejsce sesji muszę wybrać coś szczególnie malowniczego. Kiedy dowiedziałam się, że początek sierpnia spędzę w Chinach bez chwili wahania spakowałam ją do walizki. Wielki Mur Chiński, jeden z siedmiu cudów świata (widoczny z kosmosu!), należy do tych plenerów zdjęciowych, które wcześniej mogłam zwizualizować tylko w snach - i to tych najpiękniejszych ;) "Podróż tysiąca mil zaczyna się od jednego kroku" powiedział chiński filozof Konfucjusz, a ja od siebie dodam, że pierwszym jest po prostu marzenie. W końcu zawsze powtarzam, że jeśli możesz coś wymarzyć, to z pewnością możesz to też osiągnąć! :) Efekt tej wyśnionej sesji przeszedł moje najśmielsze oczekiwania i przyznam szczerze, że chyba jest to najbardziej rozbudowany post z zestawem w historii bloga. Zwiewny materiał sukienki unosił się z podmuchami wiatru, pastelowy odcień podbijał błękit nieba, a pnące się wzdłuż sylwetki wiśniowe gałązki stanowiły magiczny łącznik z otaczającą przyrodą. Co więcej, romantyczny krój zmysłowo odsłaniający plecy, pięknie skomponował się z surowym i nieco ascetycznym charakterem muru. Czułam się zupełnie jak bogini natury! By trochę mocniej zaakcentować estetykę orientu spojrzenie ukryłam pod ręcznie malowanym wachlarzem, a nadgarstki przystroiłam złotymi bransoletkami. Urodziłam się w Roku Węża, a więc jedna z nich bezpośrednio zdradza mój wiek, hah ;) Orient nie istnieje jednak bez błysku, dlatego całość wykończyłam kopertówką o zapięciu wyglądającym jak migotliwy kamień. To tylko jeden z wielu klejnotów, jakie udało mi się podkraść niezbyt uważnym (ale wciąż kochającym błyskotki) smokom z pływającej restauracji ;)




21.9.14

MACADEMIAN GIRL COLUMNS:
'MINIMALIZM CZY PÓJŚCIE NA ŁATWIZNĘ?'

18 comments:
 FOR ENGLISH VERSION PRESS 'READ MORE'
-----------------------------------------------------

 MINIMALIZM CZY PÓJŚCIE NA ŁATWIZNĘ? 

Świadomość mody nie rodzi się na kamieniu – to powolny proces. Wiedzą o tym w takich zagłębiach designu jak Francja, Włochy czy Anglia. Kultura rodzi kulturę, a w tę należy nieustannie inwestować. To z kolei wymaga lat pracy w pocie czoła. Nic więc dziwnego, że kiedy w Polsce nastaje boom na minimalizm, jedynie garstka potrafi oddzielić zwyczajne lenistwo od prawdziwej sztuki prostoty. Media podłapują gorące tematy wprost z facebookowej ściany niczym sroki błyszczące pozłotka. Najczęściej to marki, które już w internecie zyskały masową popularność. Często z dnia na dzień, dlatego nie mają odpowiedniego zaplecza produkcyjnego czy krawieckiego. W efekcie otrzymujemy dobry pomysł, poparty jednak poślednią jakością. Drobny niuans, który jednak przestaje bawić, kiedy wymarzona bluzka puszcza w szwie, a spodnie rozpadają się po pierwszym praniu. Sprzedaje się to co proste: hasła ma t-shircie, nadruki w hamburgera czy przeróbki projektów znanych marek (np. ‘Kendzo' czy 'Homies'). Modnie jest nie martwić się o ‘ciuchy’, założyć po prostu dowcipny napis i być tzw. ‘minimalistą’. W teorii, bo w praktyce tak naprawdę pod tym hasłem ostatnio kryje się raczej: minimum środków, minimum wyrazu i minimum wykonania. Niestety.

Wbrew pozorom pierwotna idea prawdziwego minimalizmu jest szczytna. W latach 60 zakładano zmniejszenie ilość środków wyrazu, by uzyskać jak najbardziej czytelny przekaz. Miało być zwięźle i na temat, a przedmioty pozbawione ozdobników wystarczały na lata. Trwałość stanowiła gwarancję, że wizja nie zgubi się między wierszami. Nic dziwnego, że sztuka wręcz wchłonęła ten nowy trend na oszczędność, a następnie rozszerzyła go o styl życia. Jak w takim razie świat przeszedł od nowatorskiej idei do lubowania się w bylejakości? Otóż reklama dźwignią handlu. Nie jest tajemnicą, że kupujemy co raz więcej. Nieustannie zapominając o tym, że przecież przed chwilą kupiliśmy już coś niemal identycznego. Ten sam krój ale inny nadruk, inny kolor, metka itd. Lista jest długa. Jako, że trwałość oferowanych ubrań spada, kupowanie wyparło nieopłacalne naprawianie.

Jak z każdym nałogiem – nowa potrzeba rodzi kolejną. Bywa, że bardziej fikcyjną niż poprzednia. Przykładem tego nowego zjawiska, stała się chociażby głośna linia 'projektów' rapera Kanye Westa dla francuskiej marki A.P.C. Sztandarowym elementem kolekcji był między innymi zwykły, biały t-shirt za, bagatela, 420 zł. Chyba nie muszę dodawać że wyprzedał się z miejsca? Podobnie jak reszta (nie mniej nowatorskiej) kolekcji będącej efektem tej współpracy. Ta sytuacja pokazuje, że nie tylko w naszym kraju promuje się minimalizm, rozumiany w bardzo opaczny sposób. Nie ma nic minimalistycznego, w kosmicznie drogim przedmiocie, zazwyczaj o żywotności zazwyczaj nieadekwatnej do ceny. To powszechna bolączka, tym dotkliwsza, że prowadzi do powolnego upadku indywidualizmu i kreatywności, które są głównym motorem napędowym mody.

Nawet ascetyczny design może być odzwierciedleniem osobowości i sztuką wyrazu. Dzięki odrzuceniu tego co zbędne, ma w codziennym życiu wysoce oczyszczający charakter. Sprawia, że liczy się trwałość i stabilizacja. W gnającym na oślep świecie, wymusza wędrówkę w głąb siebie i odnalezienie charakterystycznego ‘ja’. Paradoksalnie, w świecie panoszącego się jak marketingowa zaraza ‘kopiuj-wklej’, to właśnie indywidualizm zyskuje największą wartość.




18.9.14

MACADEMIAN GIRL GOES TO CHINA:
DAY #3 - SHENZHEN | NEON IN THE CITY JUNGLE

29 comments:
Janelle Monáe - Electric Lady

Nín hăo! ;D Welcome to Shenzen- the city of the future! This is where the newest technologies are created and the streets literally electrify with blue skyscrapers. In this cybernetic, shining with thousands of neons jungle it’s really hard to draw people’s attention by your outfit. But well, you know me… I had to accept the challenge! :D Inspired by the city, which, though constantly on the go, is still deeply ingrained in tradition, I prepared a special look. Something between futurism and Orient, yet still 100% Macademian! A contrasting combination of Chinese national flag colors has turned out to hit the jackpot in this cool surroundings. A stunning jumpsuit, which can do as a short dress as well, is the main ingredient of this explosive mixture! Look how its sunny shade perfectly matches the man on a bike ;) A delicate lace at the neckline, which line directly refers to traditional silk Chinese dresses, reminds local ornaments. The bottom, on the other hand, quite the opposite. Its asymmetrical cut, tuck and horizontal zipper are a perfect metaphor of the town’s modernity. Just as the tooled transparent bag. All such an expressive outfit needed were red accessories; they liven the atmosphere up like a fiery dragon’s breath. ^^ I reached for metallic sunglasses, a ruby lipstick and tied a band with Chinese signs around my bun. During my trip I found out that what’s written on this mysterious piece of material is a blessing. And how not to agree that travel broadens the mind? ;)

Nín hăo! ;D Witajcie w Shenzen - mieście przyszłości! To tutaj powstają najnowsze technologie, a uliczny krajobraz wręcz elektryzuje błękitem szklanych drapaczy chmur. W tej cybernetycznej dżungli, jarzącej się na każdym kroku tysiącami neonów, niełatwo zwrócić uwagę strojem. No ale znacie mnie... musiałam podjąć wyzwanie! :D Zainspirowana miastem, które choć nieustannie gna przed siebie to wciąż jest głęboko zakorzenione w tradycji, przygotowałam szczególną stylizację. Coś na pograniczu futuryzmu i orientu, niezmiennie pozostając jednak 100% w stylu Macademian Girl! W scenerii gdzie niemal wszystkie barwy są chłodne, kontrastowe połączenie odcieni rodem z chińskiej flagi okazało się strzałem w dziesiątkę! Głównym składnikiem tej wybuchowej mieszanki został przepiękny kombinezon, który spokojnie może uchodzić za krótką sukienkę. Spójrzcie jak jego słoneczny odcień malowniczo skomponował się z panem jadącym na rowerze ;) Delikatna koronka przy dekolcie przypomina tutejsze ornamenty, a sama jego linia nawiązuje bezpośrednio do tradycyjnych, chińskich sukienek z jedwabiu. Dół natomiast zupełnie odwrotnie! Asymetryczny krój, zakładki i poziomo wszyty zamek są doskonałą metaforą i parafrazą nowoczesności miasta. Podobnie z resztą jak tłoczona transparentna torebka. Do tak wyrazistego zestawu, niezbędne stały się czerwone dodatki, podkręcają atmosferę niczym ognisty oddech smoka ^^ Sięgnęłam po metaliczne okulary i rubinową szminkę, a wokół koczka przewiązałam szarfę ozdobioną chińskimi napisami. Podczas wycieczki dowiedziałam się, że na tym tajemniczym pasku rozpisane jest błogosławieństwo. I jak tu nie zgodzić się z tym, że podróże kształcą? ;)






16.9.14

MACADEMIAN GIRL GOES TO CHINA
vol. 1/4: HONG KONG

16 comments:

Kto czyta mojego bloga ten wie, że orient i cała kultura Dalekiego Wschodu wyjątkowo mnie pociągają. Z resztą nie trzeba nawet czytać - błyszczący przepych orientu i kolory niczym egzotyczne zachody słońca wyłaniają się niemal na każdej stronie ;) Chiny, Japonia i Indie odkąd pamiętam zajmowały pierwsze pozycje na liście podróży moich marzeń. Kto by pomyślał, że pierwsze z nich spełnię tak szybko! Wszystko urzeczywistniło się dzięki Waszym głosom w konkursie Huawei, gdzie nagrodą była wycieczka do trzech chińskich miast. Futurystyczny Hongkong, Shenzen będący kolebką nowoczesnych technologii i zarazem kultury Chin Ludowych oraz najbardziej książkowy, słynący ze starożytnych zabytków Pekin. Na podziękowania za odwiedzenie ich chyba nie starczyłoby mi życia, więc pozwólcie, że teraz to ja zabiorę Was do Państwa Środka. To jak, jesteście gotowi na podróż do krainy smoków? ;)

Who reads my blog knows that I find the Orient and Far Eastern culture especially tempting. Well, you don’t even have to read the blog, as the sparkling splendor of Orient and exotic sunsets colors appear almost on every page of it ;) Ever since I can remember, China, Japan and India have had the first place on my dream travels list. Who would have thought that I would make the first one come true that quickly! It all came true thanks to your votes in the Huawei contest, in which a trip to 3 Chinese cities was the prize. Futuristic Hong Kong, Shenzen- the cradle of modern technologies and the Folk China culture, and, finally, the most bookish, known for its ancient monuments- Beijing. I think that I don’t have enough of life left to say thank you for letting me see it all, so let me take you to the Middle Kingdom. So what, are you ready for a trip to the land of dragons? ;)



NA KOŃCU ŚWIATA 

Warszawa, godzina 12:00. Mając w perspektywie kilkunastogodzinną podróż z przesiadką w Moskwie zabieram ze sobą zagłówek i maskę na oczy, wierząc że uda mi się złapać drzemkę. Nic bardziej mylnego! Szalejące endorfiny skutecznie udaremniają zaśnięcie, nawet gdy krajobraz za oknem zaczyna sennie spowijać mgła. Być może to właśnie dzięki tym energetyzującym hormonom szczęścia udaje mi się uniknąć męczącego jet lagu, gdy o 9:00 rano lądujemy w Hongkongu ;D Gdybyście i Wy planowali zawitać do Pachnącego Portu pamiętajcie, że będziecie potrzebowali wizy. Druga sprawa to zupełnie inna waluta niż w pozostałych regionach Chin - w Hongkongu obowiązuje bowiem dolar hongkoński (2 zł to ok 5 dolarów). Jeśli chodzi o internet, warto kupić kartę 3 G. Zasięg jest dosłownie wszędzie - nawet w metrze!

Pierwsze, co uderza po wyjściu z lotniska to klimat. Subtropikalny i wilgotny, tuż przed nadciągającą porą monsunową przybyszom z północy daje się odczuć jeszcze intensywniej. Pod zwrotnikiem Raka zima właściwie nie istnieje, a śnieg tutejsi mieszkańcy kojarzą chyba tylko z reklam Coca  Coli ;) W grudniu temperatura spada do ok. 20 stopni (na plusie!), co dla Hongkończyków oznacza... wyciągnięcie kurtek. Co ciekawe, nawet w najbardziej luksusowych mieszkaniach nie ma śladu kaloryfera, a zamiast tego rolę ogrzewacza przejmuje sprzedawana na ulicy zupa z węża. Szkoda, ze nie miałam okazji jej próbować! To, czego jednak najbardziej chciałam zasmakować to tutejsza, kompletnie odmienna niż w pozostałych częściach Chin, kultura.

AT THE AND OF THE WORLD

Warsaw, 12 o’clock. Having a dozen hour trip with a transfer in Moscow looming ahead of me I take my bolster and eyes band with me, believing that I would be able to dose off for a while. I couldn’t have been more wrong! The endorphins, reveling in my head effectively prevent me from falling asleep even when the scenery behind the window gets dipped in fog. Maybe it’s thanks to these energy happiness hormones that when we land in Hong Kong at 9 AM I manage to avoid jet lag ;D If you are planning to visit the Scented Harbor as well, remember that a visa is required. In Hong Kong there is a completely different currency than in the other parts of China, namely, we have to pay with Hong Kong Dollars (1 USD is about 8 HGD). When it comes to the Internet, buying a 3G card pays off. You have signal literally everywhere- even in the tube!

The first thing that strikes you after leaving the airport is the climate. Subtropical and humid, right before the monsoon time is even more unusual for the tourists. Next to the tropic of Cancer, winter almost doesn’t exist and the local people associate snow only with Coca Cola ads ;) In December, the temperature drops down to about 20 degrees (plus!), what, for the people of Hong Kong means… pulling their jackets out. What’s interesting, there’s no sign of a heater even in the most luxurious apartments and its role is taken by the sold in the streets, snake soup. It’s a pity I didn’t get a chance to try it! What I wanted to experience here most is the local culture, which is completely different than in the other parts of China.






15.9.14

MACADEMIAN GIRL GOES TO CHINA:
DAY #2 - HONG KONG | UNDER THE DRAGON

28 comments:
Little Dragon - Ritual Union

Do you know anyone who never dreamt of seeing a real dragon? As I’ve always been fond of mystical creatures, I decided to treat my floating restaurant trip as a special mission. Macademian Girl on the go- Mission Not So Impossible ;D Imagine, that the gates and the inside are guarded by… two golden dragons! You really need some initiative to get inside this magical place. First you have to cross the Bay with a fairy, and then- get the winged guides’ approval ;) I was prepared for that, of course! As I had come across Tolkien’s and Sapkowski’s books earlier, I knew that there is one thing I have in common with these fairytale reptiles. Trinkets, of course ^^ Where a dragon is, there must be a treasure as well- a little bribery always works! ;) So I started the fun with precious accessories: a golden snake around my wrist, bracelets lavishly decorated with beads, and a shining necklace made out of miniature slippers have sanctioned my high status of a foreign comer. The effect is completed by metallic stilettos and a blouse, which kaleidoscope pattern is delicately shining with sparkles of reflected light. This emerald shade perfectly matches the violets. Reaching for plump satin shorts has also given me some pleasure. As there’s dignity already, grace is all that’s needed! This wound with a veil toque is my treasure from Paris. It gave the shining orient a scent of French elegance. I have to reveal that even though the gold got me the dragons’ respect, my purse has made the biggest impression on them. They just wouldn’t let it out of their claws, but have a closer look- doesn’t this material look like… dragon skin to you? ;)

Znacie kogoś, kto chociaż raz w życiu nie marzył o tym by zobaczyć prawdziwego smoka? Ja od dziecka przepadam za mistycznymi stworami, dlatego wyprawę do pływającej na wodzie restauracji Jumbo potraktowałam jak misję specjalną. Macademian Girl w terenie - Mission Not So Impossible ;D  Wyobraźcie sobie, że bram i wnętrza strzegą tam... dwa złote smoki! Aby dostać się do tego magicznego miejsca trzeba jednak wykazać się pewną inicjatywą. Najpierw przeprawić się przez zatokę promem, a potem - uzyskać akceptację skrzydlatych strażników ;) Oczywiście byłam na to przygotowana! Przeczytawszy wcześniej powieści Sapkowskiego i Tolkiena, wiedziałam, że jest jedna rzecz, która łączy mnie z tymi baśniowymi gadami. To oczywiście błyskotki ^^ Tam gdzie jest smok, musi być też skarb - małe przekupstwo zawsze daje działa! ;) Zabawę rozpoczęłam zatem od drogocennych dodatków: złoty wąż owinięty wokół nadgarstka, bogato zdobiona koralikami bransoleta i połyskująca kolia złożona z miniaturowych pantofelków usankcjonowały mój wysoki status jako zagranicznego przybysza. Efekt uzupełniły metaliczne szpilki i bluzka, której kalejdoskopowy wzór delikatnie mienił się odbitym światłem. Szmaragdowy odcień pięknie połączył się z fioletami. Z przyjemnością sięgnęłam także po satynowe szorty w kolorze śliwkowym. Dostojność już jest, teraz pora na grację! Opleciony woalką toczek to przywieziony z Paryża skarb. Dzięki niemu błyszczący orient zyskał nutkę francuskiej elegancji. Muszę Wam zdradzić, że chociaż złota oprawa zdobyła smocze względy, to jednak największe wrażenie zrobiła na nich torebka. Wręcz nie chciały wypuścić jej ze szponów, no ale przyjrzyjcie się dokładnie - czy ten materiał nie przypomina... smoczej skóry? ;)))