Nowy dzień, nowy początek. Po czwartkowych warsztatach w ramach Akcji Redakcji, w piątek bogatsze o nową wiedzę ruszyłyśmy do działania! :))) Zapowiadała się intensywna praca, bo każda z naszej piątki miała, dziennie przygotować jeden tekst na około 2000 znaków. Wydaje się niewiele? Dodajcie do tego pokazy odbywające się co godzinę, gorączkowe szaleństwo ogarniające Press Room po każdym z nich (gdzie mieliśmy pisać teksty) i ogólną ekscytację FW, a będziecie mieli wyznacznik jak ciężko czasem było się skupić na tym, żeby zrobić co do nas należało, hehe ;P Muszę przyznać, że wbrew pozorom (wbrew pozorm, bo czasem taaaaaaak trudno było wstać 😛 ) bardzo pomocne były poranne meetingi z Anią
Luboń (szefową działu kultura w ELLE), która pomagała nam ‚okiełznać’ nasze recenzje. Nie wszyscy byli z tego powodu zadowoleni, ale ja muszę przyznać, że błędy, które Ania wypunktowała mi już po pierwszym spotkaniu, były o dziwo tymi, z którymi ja sama zmagam się już jakiś czas. Czytajcie – zdania wielokrotnie złożone (czasami zbyt długie żeby ogarnąć je podczas jednego oddechu, hehe xD) oraz epitety, które często  stosowane w zbyt dużym natężeniu zakłócały przejrzystość tekstu. Zrozumiałam, że słowo pisane rządzi się swoimi prawami i to co jest fajne na blogu, i co stanowi pewien mój znak rozpoznawczy, w tekstach do gazety/portalu nie zawsze działa równie skutecznie. Z tym własnie pomogła mi Ania, która każdorazowo taką korektę tego co napisałyśmy przeprowadzała (wolnych chwilach radą służyła mi także Helena, której bardzo dziękuję za rzeczowy, ‚trzeźwy osąd’ i chłodne ‚po co to? wywal to’ xD).

Muszę przyznać, że z dnia na dzień widziałam efekty tych spotkań, bo przy ostatniej recenzji do poprawki miałam już naprawdę niewiele. Poczułam wtedy, że udało mi się z warsztatów wyciągnąć cenną naukę, a nawet teraz kiedy czytam ten tekst, patrzę na niego nieco inaczej :))) Po raz kolejny, życie pokazało, że praca procentuje, a chleb modowej dziennikarki, choć nie jest prosty to przynosi też mnóstwo satysfakcji! ^^ Wprawdzie, z powodu pisania nie dane było mi zobaczenie wszystkich pokazów – coś za coś – to będę się starała podzielić z Wami wrażaniem tutaj z tych, które widziałam :))) Wywiady z projektantami, gdzie wyjątkowa była ta możliwość bezpośredniej interakcji i zadania nurtujących mnie pytań, a także i umiejętność trafnego sformułowania i przelania na papier tego co chodzi mi po głowie – to są moje ulubione doświadczenia wyniesione z Akcji Redakcji :)))

Chciałabym też z tego miejsca podziękować dziewczynom z Press Roomu, za ciekawe rozmowy i fantastyczne wsparcie <3 Ogromnie je podziwiam, bo one wykonywały cały dzień pracę, która dla mnie była jedynie przygodą, bez słowa narzekania czy marudzenia, oglądając większość pokazów jedynie na live streamie. Babeczki - byłyście MEGA! ;*** Weronice, której upór i pracowitość strasznie podziwiałam przez cały FW(wow!); Kasi Gontarz, która choć miała milion innych rzeczy na głowie, zawsze starała się mieć chwile, żeby w dowolnym momencie 'ogarnąć' co nam doskwiera, a także generalnie wolontariuszom na FW (na sali oraz w recepcji), którzy w pocie czoła wykonywali swoją pracę i z życzliwością ułatwiali także nam wykonywanie naszej! Tegoroczna edycja organizacyjnie przeszła moje najśmielsze oczekiwania: w tym sezonie pokazy odbyły się bez opóźnień (poza jednym, ale to była wyjątkowa sytuacja), nikt nikogo nie podeptał w kolejce do sali, a jedynym zaskakującym incydentem, był przeciekający dach w przejściu do showroomu, hehe ;D Na szczęście trwało to tylko chwile i było spowodowane tym, że organizatorów zaskoczyło oberwanie chmury;P A teraz, żeby nie przedłużać (o ile można jeszcze bardziej xD) przechodzimy do krótkich recenzji z pokazów :)))
Dzisiaj zaczynamy od OUT OF SCHEDULE, a jutro DA :)))

Moje pierwsze zetknięcie z offem i od razu taki obiecujący początek! Jakub Pieczarkowski, bo o nim mowa, z impetem rozpoczął piątkowe pokazy. Swoją propozycją wprowadził nas w swój ‚pokręcony’, pozornie prymitywny świat. Są tu mocne, mięsiste materiały, a grube futra, taśmy i brutalne cięcia, to tylko część ze znaków charakterystycznych tej kolekcji.  Projektant wyjaśnia swoją wizję, inspiracją strukturą i budową ludzkiego ciała, a wyraźna konstrukcja strojów widoczna jak na dłoni ma być parafrazą naszej własnej fizjonomi. Jest w tych ubraniach jakaś pierwotna siła i moc, która mnie bardzo przekonuje. Kreacje ostra jak brzytwa, idealnie trafią w gusta zdecydowanych i pewnych siebie ludzi. Są przeznaczone nie tylko dla tych, dla których wyróżnianie się w tłumie stanowi normę, ale dla tych którzy potrzebują w swoim życiu pewnego pchnięcia. Jednego możecie być pewni – ubrania od Jakuba Pieczarkowskiego pomogą Wam wyzwolić wewnętrznego wilka! ^^

Anna Dudzińska (lub inaczej dud. zin. ska) – chyba najbardziej psychodeliczny pokaz tego dnia. Na sali przywitała mnie tajemnicza muzyka rodem z ‚Blair Witch Project’, a to co wyświetlono na telebimie, też wpisywało się w ten klimat. Zajęłam miejsce, a kiedy na salę wyszła pierwsza modelka, razem z nią zmaterializowała się gęsta mgła. Zrobiło się tajemniczo, powiedziałabym nawet mrocznie… Jednak wbrew obawom, cała otoczka nie przysłoniła tego co pokazywano na wybiegu. Ciężkie wełniane swetry i dzianinowe peleryny, których faktura  tworzyła fascynujące kształty, raz po raz zachwycały moje oczy. Tą niecodzienną zabawę formą dodatkowo podkreśla stonowana kolorystyka, która nie rozpraszając odbiorcy pozwala skupić się na detalach. Dzianina już dawno nie była tak przestrzennie ciekawa i za te poszukiwania należą się twórczyni wielkie brawa.

Na deser (dosyć mało strawny, trzeba przyznać), zjawisko, którego do tej pory nie jestem w stanie zrozumieć, czyli Alexis&Pony;. Nie mówię o tym, że sam pokaz był czymś w rodzaju performensu – to akurat jak najbardziej na plus. Nie chodzi też nawet o niedopracowane ubrania, przypominających stroje z epoki kamienia łupanego, przywodzące na myśl bardziej to co pamiętamy z Flinstonów niż jakąkolwiek modę (nie)użytkową… To co mnie najbardziej odrzuciło, to modelka(?) ubrana w połyskujące body, wijąca się (bo te kopulacyjne ruchy, typowe dla tancerek klubów z wieczorną rozrywką ciężko określić inaczej) na masce obdrapanego samochodu. Co ciekawe, prawdopodobnie żeby ‚dopełnić’ efektu, miała nałożoną głową/maskę konia (sic!). Przyznaję, że pruderia jest mi obca, a w związku z tym, że z artystami wszelakiej maści obcuję codziennie (studiowanie na akademii rządzi się swoimi prawami), mało co mnie jeszcze szokuje. Jest jednak pewna rzecz, której nie lubię, a która bywa częstym grzechem we współczesnej sztuce – przerost formy nad treścią. Tam gdzie autor nie ma nic do powiedzenia, nierzadko zaczyna się dużo hałasu o nic. Niestety w ten sposób nie wszystko da się ukryć. Dla mnie A&P;, to słaba kolekcja, zaprezentowana w jeszcze słabszy sposób. Liczę, że przyszłe będą lepsze, bo widać, że projektantom nie brak weny, problem jest chyba jedynie z jej ukierunkowaniem. Następnym razem zamiast sztucznie rozdmuchanego show chciałabym zobaczyć coś prawdziwie inspirującego.

Follow Macademian Girl