Drugi dzień marokańskich podbojów upłynął pod znakiem rekreacji, natomiast trzeciego dnia wyruszyliśmy do Marrakeszu! ^^ Podróż w jedną stronę trochę, trwa (bo aż około 4 godziny), dlatego po wczesnej pobudce, zameldowałyśmy się pod autokarem i pojechałyśmy z wycieczką Itaki, na podbój ‚czerwonego miasta’. Tak, tak, dobrze czytacie :))) Marakesz znany jest ze swojego koloru, ponieważ wszystkie budynki w mieście są obowiązkowo malowane na ten kolor – tak naprawdę ma to podłoże praktyczne, ponieważ mury zabarwiają się tak czy inaczej od ziemi, a w ten sposób jest to niemal niewidoczne  Jednym słowem – jeśli ktoś marzy o ‚małym-białym domku’ to na pewno nie tutaj! ;P
Pierwszym punktem programu, były słynne ogrody Jardin Majorelle, wykupione i przebudowane później przez samego Yves Saint Laurenta! :))) Czekałam na to jak na szpilkach, zwłaszcza że punktem kulminacyjnym miał być jakiś spektakularny pomnik ku pamięci  fundatora. Nic bardziej mylnego… xD Ogrody wprawdzie są piękne i przesiąknięte afrykańskim klimatem, ale o pamięci drogiego YSL przypomina tylko smutny kamienny postumencik, który zawstydziłby się nawet na wspomnienie o Stonhenge w Anglii, haha xD Dlatego lekko niepocieszona, sfotografowałam się przy tabliczce i ruszyłam z naszą ekipą w dalszą drogę!
Kolejną rzeczą, którą mieliśmy okazję zobaczyć był pałac Wezyra – Bahia, który niegdyś zamieszkiwał tam razem ze swoimi 40 (a może i więcej?) konkubinami ;P Każda miała swój oddzielny pokój, tak żeby nie musiały się zbyt często widywać… Wiecie jakie zazdrosne bywają kobiety, hehe. Jednym słowem jedna, wielka szczęśliwa rodzinka ;D Choć z zewnątrz budynek specjalnie się nie wyróżniał, to w środku zachwycał rozkład pomieszczeń. Szkoda tylko, że tak niewiele ze zdobień w środku przetrwało do dzisiejszych czasów… Niestety wraz ze śmiercią samego Wezyra wszystko zostało spustoszone, a dziś pałac jest raczej typową atrakcją turystyczną.
Na szczęście prawdziwa zabawa dopiero miała się zacząć! :))) Punktem kulminacyjnym tego dnia, była wizyta na znanym marokańskim placu Djemaa el-Fna. Jest to ogromne zbiorowisko przeróżnych kramików i stoisk, na których znajdziecie dosłownie WSZYSTKO! Za Waszą namową spróbowałyśmy z dziewczynami rozsławionego świeżo-wyciskanego soku z tutejszych pomarańczy, serwowanego przez lokalnych sprzedawców. Na tym nie koniec, bo ja i Marta pokusiłyśmy się nawet o bardziej ekstremalny eksperyment – konsumpcję ślimaków! 😀 Z ręką na sercu, nie taki diabeł straszny, bo smakują trochę jak grzyby z jajkiem, haha ;))) Jedyną trudnością było wyciągnięcie ich z zakręconych skorupek, ale do tego doskonalej nadają się nawet najzwyklejsze wykałaczki!
Jak widzicie, miejsca do zakupów nie brakowało, ale niestety nie można było tego powiedzieć o czasie. Dlatego ostatecznie oprócz napełnienia żołądka nie zdecydowałam się na zakup żadnych ‚pamiątek’ 🙁 Ponieważ te najciekawsze sklepiki zaczynają się tak naprawdę w miarę skręcania w boczne uliczki, warto nie popełniać naszego błędu i wybrać się na wycieczkę zorganizowaną dwudniową (jest taka możliwość), bądź też pojechać tam na własną rękę (opcja dla bardziej ogarniętych podróżniczo ;D). Nasza wyprawa to był bardziej ‚bieg’ przez miasto niż rzetelne zwiedzanie, dlatego polecam wybrać się tam na dłużej. Wtedy też będziecie mieli dodatkowo możliwość posmakowania tego co nam nie było dane – Marrakeszu nocą. Podobno jak każde porządne miasto, dopiero wieczorami zaczyna tętnić życiem a na ulicach rozpoczyna się prawdziwie egzotyczny korowód! ^^


Follow Macademian Girl

photos by Karolina Baszak & me
wearing: top – Sheinside, pants – Flying Tomato, bag – Vero Stilo, earrings – Anna Dello Russo for H&M;