HOME, SWEET HOME
Robert Kupisz wrócił do korzeni. Szczęśliwa była to podróż, bo zakończona sukcesem. Powszechnie wiadomo, że nie pretenduje on do roli twórcy mody wysokiej, zresztą sam często mówi o tym otwarcie. Za tę szczerość go cenię, bo nie jest prosto mieć w sobie tyle pokory, by przyznać się medialnie, że zna się swoje miejsce w szeregu. Kupiszowi bliżej jest do marki odzieżowej, jednak nie widzę w tym ujmy. Osobiście uwielbiam projekty odjechane i nowatorskie, ale casual też jest ważną gałęzią tego przemysłu. To proste, niezobowiązująca formy, więc żeby były ciekawe, tym bardziej muszą być przemyślane. Polska moda pełna jest przykładów rozmaitych ‘wannabe’ bez planu – ostatnie czego potrzeba to kolejny projektant działający na oślep. Nie chodzi o zaniechanie poszukiwań, tylko o fakt ich nieumiejętnego prowadzenia. Wciąż brakuje postaci charakterystycznych, takich na których ubrania patrzysz i wiesz spod czyjej ręki wyszły.  Wielu projektantom brakuje spójności, bo co kolekcję skaczą z kwiatka na kwiatek, gubiąc przy tym wątek. A co by o Robercie Kupiszu nie mówić, jego styl jest tak charakterystyczny jak on sam. Za to punkt dla niego.
W myśl zasady, że kto nie szuka wcale ten i nie błądzi, wyciągnął wnioski z ostatniej lekcji. Poprzedni sezon był w jego przypadku, niestety takim nieudanym eksperymentem. Miało być na luzie i z przymrużeniem oka, a wszyły cekiny, spodenki, frotki i jakaś dziwna mieszanka lat 70 i disco. Zbytnie rozluźnienie nie sprzyja projektowaniu, a powiedzenie ‘jakoś to będzie’, w modzie nie ma racji bytu. To się nie miało prawa udać, bo ta linia była zupełnym zaprzeczeniem wszystkiego za co ludzie polubili ubrania Kupisza. Tym razem wrócił dawny Robert. Może nie odkrył na nowo Ameryki i nie skolonizował Marsa, ale z sukcesem wyciągnął z szafy swoje ulubione atrybuty. W kolekcji ‘Iron’ przeznaczonej na jesień zimę 2014/15 było dużo kurzu, dużo buntu i jeszcze więcej nonszalanckiego grunge’u niż zwykle.
Zaczęło się spokojnie. Trochę transparentności, delikatne jedwabne kombinezony, ale wszystko w klimacie luzackiego rock’n’rolla. Im dalej w głąb pokazu, tym bardziej ewoluował on w ciężkawy, złagodzony miękkimi materiałami, harleyowy styl. Tym razem inspiracja obranym klimatem nie była tak dosłowna, że aż ostemplowana na każdym skrawku wykorzystanego materiału. Na sale nie wjechał motor (chociaż w tle wisiały opony), a na kurtkach nie widniał wielki napis ‘Harley’. Kupisz zrozumiał, że nie potrzebuje słowa ‘wanted’ by skojarzyć ubrania z dzikim zachodem, ani rakiety do tenisa by wiadomo było, że kolekcja inspirowana jest sportami. Wystarczyło zachować ducha obranej konwencji i połączyć go z charakterystyczną dla Kupisza estetyką. Grzecznie ulizane, wysokie kucyki modelek, kontrastowały z mocnym makijażem i znoszonymi, powyciąganymi ubraniami. Faceci, z bandanami przepasanymi wokół czoła, powłóczyście maszerowali w podartych jeansach. Tylko ciężkie buty wymieniono na adidasy, a gdzieniegdzie do czarnej koszuli pojawił się nawet szczątkowy krawat. Hipsterska Warszawa daje o sobie znać – Kupisz lubi bawić się konwencją i zalotnie puszcza oko do swojej klienteli, bo tutaj niemal do wszystkiego nosi się airmaxy. Mnie szczególnie zachwycił obszerny płaszcz z szerokim kołnierzem wykonany z pikowanego, strukturalnego materiału. Aż chciałoby się żeby był dostępny w innych kolorach niż czarny – np. taki czerwony dopiero wyglądałby spektakularnie!

Obok wyrazistych skór, pojawiły się też oversizowe parki czy dobrze znane już, sprane t-shirty, a także podniszczona tkanina z nadrukiem moro. To nawiązanie do korzeni historii subkultury harleyowców, zapoczątkowanej po II Wojnie Światowej przez ex-żołnierzy. Kiedy nie pozostała im już żadna walka do stoczenia, zaczęli inwestować swój wolny czas w długie godziny garażowych prac. Warsztat stał się miejscem odrodzenia ich poczucia siły i niezależności, a nieodzowne motory jej wizualnym manifestem. To dlatego przewodnim mottem kolekcji stał się nadruk z hasłem ‘Gotta stand tall and proud’, pojawiający się w towarzystwie wojskowych kurtek czy spodni bojówek. Mimo wszystko, te propozycje nadal są konsekwencją (może wyłączając ostatnią kolekcje) wytworzonej przez Kupisza estetyki. Świadomie, na wzór marek sieciowych, prowadzi on swoją linię projektowania tak, by ułatwić zestawianie ze sobą propozycji pochodzących z różnych sezonów. To jest lekcja, którą wielu ‘streatwearowców’ musi jeszcze odrobić.(all photos by Jakub Pleśniarski / LAMODE.INFO)

all photos by Jakub Pleśniarski / LAMODE.INFO