‚TRÓJKĄTY I KWADRATY’
Nucąc sobie tę melodyjną piosenkę Dawida Podsiadło trudno oprzeć się wrażeniu, że stanowi idealnie pasujący do wczorajszego pokazu Michała Szulca kawałek. Wprawdzie za (rewelacyjną zresztą) oprawę muzyczną odpowiedzialna była Mela Koteluk, ale fakt że Szulc wręcz ubóstwia geometryczne zawirowania mówi sam za siebie. Każdy kto śledzi jego twórczość wie, że projektując, zawsze z wirtuozerią i chirurgiczną niemalże precyzją, skutecznie plecie cienką nić awangardowego minimalizmu.  Co istotne, niezmiennie widoczna pozostaje u niego tendencja do eksplorowania różnych obliczy tego kierunku. Szulc zatytułował swoją najnowszą kolekcję ’Past’, ale przewrotnie pokaz umieścił w przestrzeni Muzeum Sztuki Nowoczesnej. To znak, że doskonale znane wartości chciałby wprowadzać w nową, uwspółcześnioną rzeczywistość. Pytanie tylko czy tym razem to wystarczy?

STATUS QUO 
Szukając odpowiedzi na to pytanie trzeba coś zrozumieć. Szulcowi daleko do kaskaderskiego linoskoczka, co sezon zmieniającego estetykę. W jego kreatywnych podróżach widoczne jest echo niezmordowanego Włóczykija. Niczym ta ascetyczna bajkowa postać, na wciąż stosunkowo niepodatnym gruncie (wbrew nastrojom czy chwilowym modom) buduje swoją sieć. Właśnie w asertywności tkwi paradoksalnie jego siła. Doskonale zdaje sobie sprawę kim jest i co może swoim klientom zaoferować. Nie ulega chwilowym zachciankom zmiennego jak kalejdoskop świata mody.Tymczasem, mnie nadal nurtuje co tak naprawdę interesuje Szulca w kobiecej sylwetce? Próba określenia do jakiego ideału dąży projektując pokazuje, że tradycyjnie już nie stara się burzyć istniejącego porządku. Propozycjami na sezon wiosna-lato 2015 spowija modelki w lejące się, luźne fasony. Jednocześnie, w obrębie pojedynczych części garderoby, zachowuje wyraźne podziały geometryczne. Efemeryczny oversize projektant przełamuje ostrymi cięciami. Sylwetkę modeluje znacznie częściej operując samymi modułami kolorystycznymi, niż zdecydowanie ingerując w jej konstrukcję. Nie ukrywam, że jest w tym pewna urokliwa poetyka. Taka drobna nuta niedopowiedzianej narracji, jakby nawet sam Szulc nie potrafił finalnie rozstrzygnąć co właściwie urzeka go w jego muzach – kobietach. Obszernością materiału jego projekty chronią ciało przed zbytnim wyeksponowaniem, ale w tym samym czasie podświadomie i równie sensualnie podkreślają smukłość damskiej sylwetki. Tonacja kolekcji także bazuje na kontrastach. Chłodne morskie zielenie, metaliczny błysk i hipnotyzujące czernie przeciwstawione zostały ciepłym burgundom, pomarańczom i beżom. Dzięki temu kolekcja  zachowuje mimo wszystko dużą spójność. Zarówno obrana kolorystyka, kobieca natura jak i naturalny wydźwięk tych ubrań  mają w sobie ogromną dozę kapryśnej, wciąż niesprecyzowanej dwoistości.

FROM PAST TO THE FUTURE
Niepotrzebną dysharmonie w przemyślanej kolekcji wprowadziły niestety tropikalne nadruki, Wykorzystane w końcowej sekwencji pokazu, miały być może stanowić element urozmaicenia tej jednak stosunkowo spokojnej kolekcji. Niefortunnie białe sylwetki i ich palmowe wzory w żaden sposób nie przystawały do reszty. To nauczka, że czasem warto pozostać ostatnim Mohikaninem i nie ulegać trendom na to w czym nie jest się specjalistą. A z drugiej strony, jeśli już eksperymentować to robić to na pełnym zanurzeniu. Pozostawanie pośrodku zawsze grozi dezorientacją odbiorcy. Jeśli projektant chciał wykorzystać print, to dla integralności kolekcji wskazane byłoby, żeby stopniowo wprowadzał jego poszczególne elementy – chociażby w skromniejszych monochromatycznych sylwetkach – finalizując wszystko, tak jak to właśnie uczynił, sekwencją czysto ‘printową’. Tutaj tego przejścia zabrakło. Tak samo obcym elementem wydają się być doczepione nieco na siłę gdzieniegdzie frędzle. Biorąc jednak pod uwagę całość, są to jedyne większe mankament ‘Past’.
Kolekcja choć spokojna, to przyciąga uwagę lekkością i miejscami nawet nieco dowcipnym operowaniem formą. Przepastnie przeskalowane kieszenie umieszczone na rozkloszowanych spódnicach uważam za absolutnie mistrzowski zabieg. Szulc udowodnił, że spokojnie wizerunek nie oznacza, że nie potrafi się bawić. To prawda, że wczoraj nie odkrył minimalizmu na nowo, ale zdecydowanie utrzymał dotychczasowy poziom prezentowanych przez siebie kolekcji. Jednocześnie projektant zdaje się nic nie robić sobie z tego, że już jakiś czas temu przylgnęła do niego łatka cichego outsidera. Jest w tym ziarno prawdy, bo Szulc nie jest projektantem celującym w widowiskową przełomowość – przynajmniej tę pojawiającą się z dnia na dzień. Nie jest natomiast wcale tak wcale nie niszowy jakby się niektórym mogło wydawać, co udowodniła frekwencja publiczności, na wczorajszym pokazie, która w dużej mierze składała się z przedstawicieli branży. To dowód na to, że pracowitością, konsekwencją i długoletnim uporem Szulc udowadnia co sezon, że trzeba i warto się z nim liczyć.
    photos by Katarzyna JabłońskaLAMODE.INFO