JAK TO SIĘ ROBI W MODZIE

Założycielki Aliganzy 15 lat temu założyły firmę w piwnicy, a showroom zorganizowały w bagażniku auta. Zamiast czekać, aż ktoś nauczy je, jak stworzyć nowatorski biznes, same przetarły szlaki.

ŻYCIE PRZED INTERNETEM

Aliganza Fashion Agency powstała 15 lat temu, kiedy powszechny dostęp do Internetu był marzeniem, a wszystkie daty wpisywało się „po bożemu” – ręcznie do kalendarza 😉 Pomysł pojawił się w głowie Anny Wiatr, która dziergała ubrania na drutach i pożyczała swoje projekty stylistom. Branży zaczynał doskwierać brak ważnego ogniwa – miejsca, które pośredniczyłoby między projektantami, a prasą. I to właśnie ona, razem z Renatą Stradowską, postanowiła je stworzyć! 🙂 W czasach, kiedy Aliganza startowała z siedzibą na Młocinach (a mniej szumnie „w piwnicy Renaty”), nikt nie rozumiał, czym jest showroom i dlaczego ta instytucja jest niemal równie ważna, jak ministerstwo spraw zagranicznych 🙂

Aliganza jest już prawdziwą instytucją w polskiej modzie. Kiedy powstawała, słowo „showroom” było egzotycznym pojęciem, a Maciej Zień dopiero zdawał maturę.

Print

 

Zresztą właśnie z zagranicy założycielki chciały poczatkowo czerpać inspiracje i biznesowy know-how. Niestety szybko okazało się, że paryskie showroomy nie miały nawet porządnych stron internetowych. Dziewczyny spacerowały więc pod ich oknami i dopytywały znajomych z ELLE (jedynego wówczas międzynarodowego tytułu o modzie w Polsce), jak to jest pożyczać z Francji ubrania. I szybko zaczęły wyprzedzać podobne firmy z Zachodu! Ciekawostka – niedawno do drzwi Aliganzy zapukał przedstawiciel handlowy ze Stanów, proponując im wdrożenie nowoczesnego systemu komputerowego do obsługi showroomu. Szkoda tylko, że spóźnił się o kilka ładnych lat bo… identyczny dziewczyny stworzyły same 😀 Żeby zrozumieć znaczenie tego, czego dokonały, warto przypomnieć sobie Polskę z 2000 roku. Nikt nie pożyczał ubrań do sesji z sieciówek, bo żadnych nie było (tak, nawet Zary!). Łączenie ze skrzynką mailową przez modem było głośne i trwało wieki, a krajowych projektantów można było policzyć na palcach jednej ręki (Maciej Zień był świeżo po liceum). Działalność agencji nazywano wówczas egzotycznie „showroomingiem” i opisywano w prasie jak kuriozum 😉 Przez 15 lat zmieniło się w branży w s z y s t k o, a Aliganza przez cały ten czas bacznie to obserwuje. I oczywiście reaguje na zmiany, np. uczestnicząc w odświeżaniu wizerunku marek.

Print

 AGENCJA WIELOFUNKCYJNA

Dawno, dawno temu założycielki Aliganza Fashion Agency jadały na Młocinach obiady z redaktorami i układały plany sesji. Firmy odzieżowe nie tworzyły wedle sezonowego  kalendarza, tylko odszywały kolekcje na bieżąco. Wyglądało to tak, że styliści jechali z projektantami do hurtowni tkanin i palcem wskazywali, z którego rodzaju bawełny potrzebują sukienek do zdjęć 😉 Teraz brzmi to jak legenda, ale takie były początki modowego przemysłu w Polsce. Dzisiaj agencja to duży biznes, a wspólniczką dziewczyn jest też Monika Radulska, która ściśle współpracuje z klientami agencji i jest odpowiedzialna za tworzenie dla nich strategii marketingowych. Właścicielki nieustannie dokształcają się z mediów społecznościowych i praw autorskich. Starają się być na bieżąco z sieciowymi nowinkami, np. reklamą na Instagramie. Biorą udział w specjalnych szkoleniach z Unii Europejskiej i same szkolą trzydziestoosobową grupę swoich pracowników. Agencja zajmuje się wdrażaniem nowych koncepcji wizerunkowych (np. polskiej marki Kari), lub konsultowaniem z markami ich zmian (np. słynny re-branding Solara). Organizuje eventy i zajmuje się fan page`ami marek. Musi być na bieżąco z karierami polskich gwiazd, bo rekomenduje firmom, z kim warto nawiązać współpracę. A niedawno w Aliganzie powstał nawet cały dział, zajmujący się wyłącznie współpracą z celebrytami! Oprócz tego, jak każdy porządny showroom, Aliganza pożycza ubrania redakcjom i pilnuje terminu ich zwrotu. A przy tym bierze pod uwagę sugestie klientów odnośnie tego w jakim kontekście chcą być pokazywani i np. bielizny Intimissimi nie pożycza na sesje do „Playboya”. W portfolio agencji znajduje się cały przekrój marek, od sieciówek po niezależnych projektantów. Są tu m.in. ubrania Topshopu, New Yorkera, Solara i Pumy, a dodatki od Claire`s i buty Gino Rossi. Agencję dba o to, żeby firmy nie musiały ze sobą rywalizować. Nie poszerzają asortymentu o produktu podobne do tych, które już można u nich znaleźć.

PrintPrint

OPERACJA NA KIESZENI

Praca w showroomie to nie rurki z kremem 😉 Możliwość przymierzenia szałowego płaszcza Patrizii Aryton, zanim zrobi to ktokolwiek w Polsce jest przyjemna, ale to tylko wisienka na torcie i częściej trzeba się po prostu porządnie napocić. Codzienność w Aliganzie to dziesiątki pudeł do przerzucenia, niekończące się spisy produktów i miliony maili do wysłania. Niezbędna jest zimna krew, odporność na stres i znajomość arkanów logistyki 😉 Do 10. dnia każdego miesiąca na biurka klientów agencji trafiają raporty o publikacjach prasowych z wykorzystaniem ich produktów w miesiącu poprzednim. Dlatego ostatecznie nie liczy się to, jak bardzo pracownikom podoba się najnowsza kolekcja Solar, ale ile razy do modowych magazynów trafi informacja o swetrach i spódniczkach marki. Połowa sukcesu w tej branży to świetne relacje ze stylistami, dlatego linia telefoniczna do działów mody jest rozgrzana do czerwoności.

Pracując w showroomie, najpierw musisz rozpakować dziesiątki ciężkich paczek i wysłać setkę maili. Dopiero wtedy możesz w wolnej chwili obejrzeć np. to fenomenalne futro od Patrizii Aryton.

Print Print

 

Styliści poznają kolekcje na kilka miesięcy wcześniej, zanim topmodelki zaprezentują je w edytorialach. Dla nich „zaklepanie” najlepszych  projektów (zanim zrobi to cała reszta magazynów) to sprawa życia, albo zawodowej śmierci 😉 Wiadomo, cała zabawa polega na tym, żeby wyprzedzić inny tytuł w wykorzystaniu najbardziej topowych must have sezonu. Później rzeczy są wypożyczane na sesje tak często, że czasem zupełnie przestają przypominać siebie. Redaktorom zdarza się dać popis kreatywności i… na przykład skrócić spodnie o długość nogawki, albo pozbawić ubranie kieszeni 😀 Bywa, że potrafią też zgubić kolczyki w… piasku pustyni 😉 Nie muszą obawiać się konsekwencji. Rzeczy z showroomu nie idą do sprzedaży, nie trzeba więc na nie chuchać tak, jak na te, wypożyczane z butiku. Jeśli efektem bezlitosnego traktowania jest znakomita sesja – klient (marka albo projektant) zawsze będzie zadowolony! Styliści mają jeszcze jeden przywilej: mogą wpływać na kształt kolekcji. Pracownik Aliganzy oczywiście nigdy nie powie projektantom firmy Andrzej Jedynak: „Hej, potrzebne są czerwone futra, proszę zaprojektować takie na sezon wiosenny!”, ale może przekazać, że za takimi rozglądają się ludzie, odpowiadający za styl gwiazd. A to, czy marka weźmie sugestie do serca, to już jej słodka tajemnica. I takim sposobem wracamy do rurek z kremem 😀 Praca w showroomie, w którym moda zmienia się na oczach pracownika, ma jednak swój czar! 😉

Print Print