To był miesiąc intensywnych emocji i życia w grze 24 godziny na dobę. Przygoda dobiegła końca, ale przede mną zupełnie nowe wyzwania. Zobaczcie, co mam w planach!

WIELKA GRA

Powiedzmy sobie szczerze: program „Agent – Gwiazdy” miał niewiele wspólnego z prawdziwym życiem. Na cały miesiąc trafiliśmy do fikcyjnego świata gry, w którym – podobnie jak w popularnych rozgrywkach RPG – każdy z nas wcielał się w inną postać. Oprócz Agenta byli wśród nas m.in. zgrywus, siłacz, nieśmiałek i prymuska, a mnie, w zaskakujący dla wielu sposób, przypadła rola wojowniczej lwicy 😀 Codziennie obowiązywały nas pewne reguły: poufność informacji i sojusznicza lojalność, a kamery i przeciwnicy nie spuszczali z nas wzroku nawet na chwilę. Chociaż nasze zmagania mogliście oglądać w trwających niecałą godzinę odcinkach, rozgrywka tak naprawdę trwała nieprzerwanie cztery tygodnie, od rana nocy. Czasami miałam wrażenie, że pamięć działająca non stop na najwyższych obrotach w pewnym momencie zwyczajnie odmówi posłuszeństwa 😉 Ale cóż, jeśli wyjazd do RPA miał być czymś więcej, niż ekscytującym „urlopem” na oczach 2 milionów widzów, trzeba było podejść do niego na poważnie. O moim stosunku do gry  świadczyła sama walizka. Pojechałam do Afryki uzbrojona w moskitiery, kremy z filtrem +50, parasolkę, kurtki przeciwdeszczowe, buty trekkingowe, chroniące przed słońcem kapelusze i przewiewne, bawełniane ubrania. Jedyną rzeczą, która okazała się zbędna był… strój kąpielowy. Po wielu godzinach zmagań z konkurencjami nie miałam siły nawet myśleć o pływaniu 😉

Chociaż nasze zmagania można było śledzić tylko raz w tygodniu przez 45 minut, tak naprawdę trwały cały miesiąc, 24 godziny na dobę!

Print Print

Realizacja programu, o czym wielokrotnie pisałam w swoich relacjach na blogu, wymagała od nas ogromnego wysiłku fizycznego i psychicznego. Każdy mój zmysł był wyostrzony: obserwowałam ruchy Agenta, a każdą fałszywą nutę w jego głosie już po kilku dniach potrafiłam bezbłędnie rozpoznać. W notesie i telefonie zapisywałam wszystko, co mogło mi się przydać – od opisu jego upodobań kulinarnych po detale stroju. Nie będzie więc dla Was zaskoczeniem, jeśli powiem, że każdego wieczoru, zamiast odpoczywać z drinkiem w dłoni, przepytywaliśmy się wzajemnie z Antkiem i Tomkiem z moich skrupulatnych notatek. To było jak nauka do „agentowej” matury i z takim samym zaangażowaniem do tego podeszłam. Przed testem wiedzy o Agencie czuliśmy się jak przed egzaminem maturą – nie poszliśmy spać dopóki każde z nas nie powtórzyło wszystkich zgromadzonych w ciągu dwóch dni informacji. Do tej pory pamiętam jak smutno mi było, że Tomek odpadł właśnie w tym dniu, w którym nie przyłożył się do powtarzania. Niestety, wiedza nie bierze się z powietrza, a nawet najlepszą pamięć trzeba ćwiczyć. Byłam dumna, że system, jaki wprowadziłam do sojuszu okazał się skuteczny i pozwolił nam dotrzeć aż do finału!  Po powrocie, aż do ostatniego tygodnia, nawet przez najbliższymi musiałam ukrywać informację o tym, kto się w nim znalazł. Chociaż wypytywała mnie o to pani w sklepie spożywczym, pan taksówkarz i dziesiątki znajomych, jak przystało na kobietę-szpiega, nie pisnęłam nawet słówka! 🙂 

Print

SPRAWDZIAN W NOWEJ ROLI

Wyjazd do RPA? Na miesiąc?! Kiedy otrzymałam propozycję udziału w programie, pomyślałam, że wyprawa na tak długo, w dodatku do miejsca, w którym mogę mieć problem z internetem jest dla mnie… misją na Marsa. Publikowanie w sieci jest moją pracą – nie mogłam sobie przecież pozwolić na to, żeby na blogu nie pojawiały się w tym czasie artykuły, a konto na Instagramie czy FB czekało uśpione, aż wrócę. W końcu nie mogę zawieść stałych czytelników! Trzy tygodnie przed wyjazdem dosłownie stawałam na rzęsach, żeby dopiąć wszystkie związane z pracą projekty. Robiłam zdjęcia, rozdzielałam obowiązki mojemu zespołowi, robiłam korekty materiałów i pilnowałam, żeby wszystko było przeze mnie zatwierdzone, zanim wsiądę do samolotu i ostatecznie stracę zasięg. To był ogromny sukces, kiedy wszystko udało się logistycznie zorganizować. Dzięki świetnie zaplanowanej pracy zespołowej blog działał jak dobrze naoliwiona maszyna, a ja w Afryce ze spokojną głową mogłam skupić się na grze.

Chociaż początkowo udział w programie wydawał mi się misją na Marsa, ostatecznie sprawdziłam się w nowej roli, a blog… zyskał nowych czytelników!

Print

Stając przed kolejnymi  wyzwaniami korzystałam ze wszystkich swoich (czasem dotąd uśpionych!) umiejętności. I właśnie to chyba najbardziej cenię w tej przygodzie: przekonałam się, że jestem silniejsza, niż mogłam przypuszczać. Udowodniłam sobie i innym, że nawet blogerka modowa z eleganckim maniciurem i w kolorowej sukience potrafi skakać na bungee i być damską wersją Sherlocka Holmesa 🙂 W programie raz na zawsze zerwałam ze stereotypem infantylnej „dziewczyny od ubrań”, która ma w głowie wyłącznie najnowszy model szpilek od Prady. Pokazałam, że choć moda czy styl są ze mną gdziekolwiek jestem, to są dla mnie narzędziem. Pracą, którą kocham, ale to nie ona definiuje mnie, a ja ją. 

PAWDZIWA WYGRANA

Kiedy zgadzałam się na udział w programie „Agent – Gwiazdy”, zależało mi, żeby nie był to show o wakacjach dla 14 rozpuszczonych gwiazd, które lekkomyślnie podchodzą do gry. Tym bardziej, że Stawką były naprawdę duże pieniądze, a biorąc pod uwagę ile wynosi w Polsce statystyczna pensja, wiedziałam, że jeśli zwycięzca ma zgarnąć całą pulę, to musi na nią zasłużyć swoimi umiejętnościami, koncentracją i zapałem. We wszystkich zadaniach dawałam z siebie wszystko i starałam się wykorzystać każdą okazję, żeby zarobić pieniądze dla grupy. Taką wyniosłam w życiu szkołę – jeśli coś robię, robię to na maksa. Zadanie w strumieniu było jedynym kiedy mi się nie powiodło, ale cóż… nikt nie jest idealny 😀 

Prawdziwym zwycięstwem w programie „Agent – Gwiazdy” są dla mnie słowa wsparcia od wieloletnich fanów i nowi czytelnicy. Dzięki Wam mam motywację i siłę by dalej rozwijać bloga, a w przyszłości – kto wie – może nawet poprowadzić modowy program w telewizji?

Ostatecznie w finale jedno pytanie dzieliło mnie od wygranej, ale za Edit Piaf mogę śmiało powiedzieć: niczego nie żałuję! 🙂 Zawsze otwarcie mówię, że moje życie, to 10% sukcesów na 90% przegranych, ale jestem wdzięczna, bo to nauczyło mnie pokory. Nauczyło też tego, że nawet jeśli nie zawsze można być zwycięzcą, to nie warto się poddawać, a od pierwszego miejsca ważniejsza jest umiejętność przegrywania z klasą. Ważne, żeby jutro znów się podnieść i walczyć dalej! Największą wygraną są absolutnie fantastyczni ludzie, z którymi zbliżyłam się w programie: Maciek, Tomek, Antek  i Kamila. A oprócz tego ciepłe słowa wiernych czytelników i zaciekawienie tych, odwiedzających mojego bloga po raz pierwszy, żeby sprawdzić, co ma do powiedzenia ta, która potrafiła się postawić samemu Agentowi 🙂 Dzięki programowi mogłam zwrócić uwagę na to, czym zajmuję się na co dzień, pokazać, że oprócz stylizacji można znaleźć na moim blogu motywacyjne i poradnikowe artykuły, sylwetki stylowych gwiazd czy domowe recepty na piękny wygląd. To jest dla mnie najcenniejsza nagroda!

Print

EPILOG? NIE, TO DOPIERO POCZĄTEK!

Jakie są moje dalsze plany? Nadal będę prowadzić bloga, dzielić się z kobietami energią (mężczyzn też oczywiście zapraszamy w nasze skromne progi 🙂 ) i przekonywać je, że są wspaniałe i mogą wygladać pięknie niezależnie od rozmiaru!. Dla Was ciągle rozwijam Snapchat (zapraszam na @tgonzalezperea), Instagram i Fan Page. Chociaż zawsze będę „z internetu”, to nie ukrywam, że marzę o programie w telewizji, w którym mogłabym pomagać Polkom zmieniać ich styl i pracować nad pewnością siebie. W końcu, jak mawiał Walt Disney „jeśli potrafisz coś sobie wymarzyć, potrafisz też to zrobić!” Teraz, kiedy blog stopniowo przekształca się w rozbudowany portal, planuję też częściej wyjeżdżać na zagraniczne fashion weeki i przygotowywać z nich relacje.

Tego mi życzcie, bo wszystko, co robię, robię dla Was! Dziękuję za wsparcie przed, po i w trakcie trwania programu „Agent – Gwiazdy”  – bez czytelników nie byłoby Macademian Girl. Mam nadzieję, że już niedługo zaskoczę Was nowym wyzwaniem 🙂

Print Print